Polska Szkoła Bramkarska
Chciałbym stanąć w obronie Łukasza Fabiańskiego. Chciałbym, ale nie mogę, bo na bezkres jego żałosnych interwencji, składa się wyłącznie jego nieporadność. Jeszcze niedawno, bramkarze byli powodem do dumy, na polskim piłkarskim grzęzawisku pełnym pułapek. Łukasz przyczynił się do upadku tego przesadzonego argumentu, który wytaczali obrońcy rodzimej myśli szkoleniowej.
Kryzys formy Boruca, można skatalogować przy pomocy szkockich i polskich brukowców. Jego boiskowe szmaty, były ściśle związane z nadmiarem pozaboiskowych problemów. Telenowela z udziałem Artura osłabła, zajął się przypominaniem, jak to kiedyś wielkim bramkarzem był. Kryzys Fabiańskiego, skatalogujemy przy pomocy YouTube. Jego nie trapi wewnętrzny konflikt osobisty. Czuje się bezsilny wobec ciemności, która notorycznie go ogarnia w ważnych dla Arsenalu meczach. Nie daje rady unieść ciężaru, który od czasu do czasu Wenger zrzuca na jego barki.
Jednak winą za dawanie mu kolejnych szans, na poprawę wizerunku w oczach kibiców, trzeba obarczyć właśnie Arsene’a Wengera. Nie powinien na konferencjach prasowych umniejszać problemu, który niewątpliwie istnieje, i który odbija się rykoszetem na całej drużynie. Fabiański musi odpocząć. W innym klubie, w innej atmosferze. Zdaję sobie sprawę, że chroniąc Łukasza, Wenger tworzy zasłonę dymną dla pozostałych swoich podopiecznych. Lecz czym tak naprawdę jest ta ochrona, skoro jej efekty są beznadziejne? Czas na wyciągnięcie konsekwencji, z kolejnych bramkarskich błędów Polaka, dawno minął. Po meczu z Porto, a może nawet wcześniej, większość z nas wiedziała, że z tej mąki chleba nie będzie. On tam nie pasuje, nie radzi sobie. Jest to na tyle oczywiste, że oczekiwałam, iż wnioski z wcześniejszych lekcji, sztab szkoleniowy Arsenalu wyciągnie. Nie zrobili tego, i tak jak stracili szanse na finał Pucharu Anglii, po błędach Łukasza w meczu z Chelsea, tak teraz ostatecznie pogrzebali nadzieję na upragniony tytuł mistrzowski. A wystarczyło przecież zaryzykować w inną stronę. Nie mieli nic do stracenia, mimo tego znowu postawili na Fabiańskiego.
Ekstraklasa była za ciasna dla talentu Polaka. Odszedł. Wydawało nam się wtedy, że bramkarz Legii rozpoczął coś nowego. Coś co doprowadzi do erupcji jego możliwości, a swoimi sukcesami, zbliży się do dorobku kolegi po fachu, Jurka Dudka. Nic takiego nie miało miejsca. Łatwo byłoby zwalić odpowiedzialność za marnotrawstwo jego potencjału na klub. Ale przecież Arsenal, słynie z pomagania w piłkarskim dorastaniu zawodnikom. Dostawał szansę, dostawał niezbędne wsparcie, mógł się szkolić u boku najlepszych. Wbrew logice, wciąż grał i męczył się. Czemu w takim razie te nauki nie dały rezultatu? Albo dały mizerne? Musi stanąć przed lustrem Łukasz Fabiański, i odpowiedzieć bardzo szczerze sobie samemu. Znalazł się w impasie. Nie jest mu bliżej do żadnej z opcji, bo nie wie, gdzie leży przyczyna jego osobistej porażki. Dlatego nie uczy się na własnych błędach, kolekcjonuje klopsy, które chętnie wyśmiewają kibice. On nie ma żadnego pomysłu, jak naprawić to, co tak sukcesywnie psuł. Na początek musi odejść z Arsenalu. Skupić się na kształcie, jaki ma przybrać jego przyszła kariera. Na początek musi rzetelnie ocenić wszystko, czego dokonał i nie dokonał w Londynie. Później będzie już tylko lepiej.